Ech góry, góry …
27 lutego 2011
Ech góry, góry …
„Od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”
/ J. Kukuczka – himalaista /
Od tej modlitwy Polskiego Himalaisty pragnę zacząć ten artykuł, który nie będzie podobny do poprzednich … będzie inny, ale pełen ludzi i gór.
Od śmierci w dolinach … – tymi słowami modlił się przed każdą wyprawą nasz rodak, który jako drugi człowiek na Ziemi zdobył Koronę Himalajów i Karakorum – wszystkie 14 szczytów o wysokości ponad 8 tysięcy metrów – Jurek Kukuczka. Zginął na wysokości 8300 metrów 24 października 1989 podczas wejścia na Lhotse nową drogą przez słynną, niezdobytą wówczas południową ścianę.
Te słowa modlitwy dotyczą nie tylko przyziemnego pragnienia, ale i pragnienia aby dusza nie pozostała w dolinach grzechu.
Gdy kilka lat temu doszło do tragicznego wypadku w Tatrach, gdzie zginęło 8 Licealistów z Tychów.
Gazety krzyczały:
„Śmierć zeszła z Rysów!” itp…
Ludzie i media wydawały różne opinie na temat tego wypadku … kto jest za niego odpowiedzialny? Pomysłodawca wyprawy, a jednocześnie opiekun przeżył. Padły oskarżenia, mocne, bolące słowa – czy słusznie?
Niedawno TVP emitowała film, Sławomira Pstronga, który jest oparty na prawdziwych wydarzeniach z 28 stycznia 2003. Ocenę tego filmu pozostawiam każdemu do osobistej refleksji.
Pragnę przytoczyć tekst, który napisał zaraz po tragicznych wydarzeniach ze stycznia 2003 roku mój Przyjaciel, człowiek rozkochany w górach i patrzący na ludzi głębiej, bo sercem.
Tekst pozwala zatrzymać się nad tragedią ludzkiego losu po spotkaniu ze śmiercią, jak i pozwala zatrzymać się nad ludzkim jakże płytkim często myśleniem …
Ech góry, góry…
Kiedy odchodzi człowiek – łzy bólu nie ugaszą żalu,
w czarnym kręgu, złączeni myślą, idziemy na ostatni spacer…
a potem już tylko przykryją GO ziemskim płaszczem –
tak gaśnie jedno ludzkie istnienie, zapomniane na wieki…
I tylko kamień przystraja się w kwiaty, oplata wstążkami,
a krzyż ogrzewają zniczy płomienie.
Bądź ukojony, ciesz się wiecznym spokojem…
bo wszystko co było takie ważne… odeszło.
Niewiele ponad rok temu, pod Szpiglasową Przełęczą, w zwałach śniegu śmierć poniosły cztery osoby – dwóch turystów oraz dwóch ratowników, którzy narazili siebie, by ratować innych. Tym razem, w miejscu oddalonym od poprzedniego zaledwie o kilkaset metrów ofiar było jeszcze więcej. Lawina. Słowo budzące grozę. Oznaczające śmierć. Słowo, które ostatnio jest na ustach wszystkich. Tak to już bowiem jest, że kiedy dochodzi do tragicznego w skutkach wypadku z udziałem kilku ludzi, a jeżeli na dodatek ludzie ci są młodzi, rozpoczyna się na ten temat narodowa niemalże debata. Przez kilka dni media mogą używać sobie do woli. Materiał na pierwsze strony gazet jest zapewniony. Wiadomo też, od czego zacząć serwis informacyjny w radiu czy telewizji. Krzyczące nagłówki, wiadomości „na żywo”, „pod napięciem” spowodują wzrost poczytności czy oglądalności. Głos zabierają tzw. „eksperci” bądź inni przypadkowi często ludzie. I nie ważne jest, czy tak naprawdę mają oni coś do powiedzenia. Ustalić przyczyny i wskazać winnych. To cel główny i najważniejszy. Tym razem sprawa jest ułatwiona. Oto bowiem organizator wyprawy miał pecha i… przeżył. Dalejże więc! Nagonka rozpoczęta. Bo przecież gdyby miał papierek z kuratorium, to lawina by nie zeszła! Gdyby zapytał o pogodę, nie doszłoby do nieszczęścia! Gdyby… gdyby… Nikt przy tym zdaje się nie dostrzegać dramatu tego człowieka. Przecież tych, którzy mu ufali i wierzyli już nie ma, a on pozostał. Kto wie, czy nie wolałby zostać „tam”, z nimi… A przecież ilu dziś jest takich ludzi jak On? Ludzi z charyzmą i prawdziwą pasją? Na dodatek potrafiących zarazić nią innych. Ilu jest nauczycieli, którzy gromadzą wokół siebie tłumy młodych ludzi? Dla których, młodzież ta dobrowolnie i bez przymusu przychodzi dodatkowo do szkoły na zbiórki czy spotkania i o co dziś chyba najtrudniej – słucha!? To On nauczył ich miłości do gór, smakowania ich piękna, wrażliwości, potrzeby obcowania z przyrodą czy w końcu umiejętności zatrzymywania w fotograficznym kadrze niepowtarzalnych nieraz obrazów.
To wszystko schodzi na dalszy plan. Przestaje być ważne. Wyrok ogłoszono natychmiast – winny. Nie ma znaczenia fakt, że jest to doświadczony taternik – instruktor. Że młodzi ludzie biorący udział w wyprawie byli zaprawieni w wędrówkach górskich (rok temu zdobyli Mont Blanc) i doskonale do niej przygotowani. Mieli odpowiednią odzież, sprzęt, żywność. Nieważne też, że feralnego dnia w Tatrach obowiązywał II stopień zagrożenia lawinowego, który mówi: „Umiarkowane zagrożenie lawinowe. Pokrywa śnieżna może być mało stabilna w formacjach wklęsłych (żleby, jary). Lawiny mogą schodzić samoistnie tylko w formacjach wklęsłych. Na stromych trawiastych (zawietrznych) stokach, możliwość zejścia lawiny tylko w wyniku naruszenia pokrywy śnieżnej przez grupy turystów /narciarzy. Bezpieczne warunki do uprawiania turystyki za wyjątkiem formacji wklęsłych. Należy zachować uwagę przy poruszaniu się po stromych stokach, po stronie zawietrznej”. Zachowywali więc uwagę i ostrożność. Wędrowali wytyczonym szlakiem w ustalonym porządku. Wyznaczono otwierającego kolumnę i zamykającego, zachowywali ciszę i spokój. Mimo to jednak doszło do tragedii. Wszyscy zadają sobie pytanie: dlaczego? Ano pewnie dlatego, że nie sposób przewidzieć wszystkiego. Bo wypadki zdarzają się niezależnie od nas, czy tego chcemy, czy też nie.
Dziwnie mało natomiast, mówi się przy tej okazji o samym ratownictwie górskim. Praktycznie bez echa przeszedł fakt, że śmigłowiec ratowniczy to składak (czyt. kupa złomu), który uczestnicząc w akcji (sic!) spadł na ziemię i złamał się na pół. Nikogo też nie dziwi, że tak ważna i potrzebna służba to formacja ochotnicza! Na dodatek jeszcze podzielona, przez co nieraz niezdrowo rywalizująca ze sobą. Etatowych pracowników wystarcza jedynie do obsługi telefonów (przyjmowanie zgłoszeń) oraz do ciągłego wędrowania po urzędach, instytucjach i sponsorach z wyciągniętą żebraczą ręką. Zresztą chyba tylko dlatego jeszcze jakoś to wszystko funkcjonuje. Wszędzie na świecie w czasie akcji ratowniczych działa się sprzętem, nie ludźmi. Ale u nas ludzie wciąż są tańsi…
Co na to nasze VIP-y? Decydenci? Ano powołali kolejną specjalną komisję, której wyników prac nigdy nie poznamy. Ogłosili dzień żałoby, nakazali zdjęcie flag do połowy masztu, włączenie syren o oznaczonej godzinie i… tyle. Ech góry, góry…, a raczej ech ludzie, ludzie…
Jeżeli naprawdę nie można zrobić nic więcej, to przynajmniej zamilknijmy. Uszanujmy w ten sposób tych, którzy wciąż jeszcze leżą gdzieś tam spowici białym całunem. Okażmy szacunek i współczucie ich bliskim, przyjaciołom i znajomym, którzy na próżno poszukują nadziei i ukojenia. Wierzmy, że nieraz w chłodzie poranka lub w ciszy wieczoru posłyszymy pośród skalnych turni młodzieńczy, srebrny śmiech tych, dla których góry okazały się kresem. Może nawet od koloru ich oczu, ponury dotąd Czarny Staw zacznie mienić się błękitem? Zapalmy świeczkę, przystrójmy kamień kwiatem i pamiętajmy…
Jurek Jurczak
„Od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”
Cóż mogę więcej dodać ?
Tylko ciszę …
Z przewodnickim pozdrowieniem
Sylwia Rusin
«