Nikt nie jest samotnym szczytem, ale cząstką olbrzymich gór …

4 marca 2010

Nikt nie jest samotnym szczytem, ale cząstką olbrzymich gór

Jedna z gawęd tatrzańskich powiada, że wprawdzie Bóg wszystko stworzył z niczego to jednak góry stworzył z okruchów gwiazd. Stworzył je po to, by – jak sam mówił Bóg – „beło na cym posiedzieć i wypocąć, i zeby to beło po Nim pamiątkom do końca świata”. „Mocie mi służyć do końca świata – postanowił Stworzyciel – kościołem moim beecie”.

Przytoczyłam tę krótką gawęde tatrzańska, bo zawiera wiele prawdy …
Dziś nie będę pisać o szczytach, dziś przytoczę piękne świadectwo człowieka, który w górach doświadczył Boga. Bóg w pięknie gór, wielkości swego majestatu, niezmiernej ciszy pokazał człowiekowi jak żyć dalej, góry stały się dla niego” kościołem” i przez nie Bóg dodał sił i odwagę do dalszej walki o niebo …
Totalnie zmęczony pracą, problemami, ludźmi, wyjechałem w góry. Byłem w kryzysie, ba jak nie być skoro sypnęło się życie uczuciowe, sypie się zdrowie i jest mnóstwo problemów w pracy, ludzie Cię w ogóle nie rozumieją, przyjaciele się odwracają zadając rany. Rany których chyba nic nie zagoi. Wszystko co najważniejsze w moim życiu padło lub padało. W dodatku od dłuższego okresu nie miałem czasu dla siebie. Pragnąłem własnej śmierci. Zszedłem do samego dna. Cierpiał każdy kawałek mojego ciała!!
Przypomniałem sobie ze studiów wykłady z turystyki. Była tam mowa o górach dających ratunek w takich sytuacjach. Rzuciłem się na tę ostatnią deskę ratunku.
Humor zaczął się poprawiać już od spotkania ze starym przyjacielem ze studiów. Wieczorne grillowanie i rozmowy – moment kiedy można z kimś porozmawiać i kto w końcu nie tylko opowiada o swoich strapieniach ale także potrafi mnie naprawdę wysłuchać (nie potrzeba rad), zawsze pomaga i tak było i tym razem. Zasypiałem z nadzieją na lepszy dzień.
Rano ostatnie rozmowy telefoniczne, ostatnie dyspozycje i wyłączenie telefonu. Potem śniadanie i wyjście w GÓRY. Po godzinie drogi dotarłem w ciche spokojne miejsce. Zszedłem ze szlaku i na wykoszonej łące usiadłem w cieniu drzew. Rozpoczęła się wewnętrzna walka z włączeniem telefonu bo pojawiła się jedna nie załatwiona sprawa. Przegrałem tą walkę. Musiałem zadzwonić, wydałem dyspozycje i z mocnym postanowieniem nie włączania telefonu wyłączyłem go i schowałem głęboko. Tak trudno przestać pracować. Dziwne uczucie. Zdjąłem zegarek z ręki i również go schowałem głęboko do plecaka. Łyk wody i polowanie z aparatem na ciekawe zjawiska przyrody. Miejsce idealne. Cudowny widok na tatry. Idealna widoczność, żar słońca lejący się z nieba. Jeszcze nie schowany księżyc dokładnie na samym środku błękitnego nieba.
Ciepły wiatr. Cudowne uczucie gdy mogłem nachylić się w stronę z której pędził po pagórkach, rozpostrzeć ramiona, zamknąć oczy i poczuć się jak bym leciał niczym ptak. Tak fantastycznie masował moje policzki, szarpał włosami. Mógłbym tak lecieć godzinami.
Codzienny stres zaczyna odchodzić. Zaczynam czuć luz. Powracają uczucia z odległych lat. Zaczynam czuć się swobodnie. Pojawia się w końcu moje wewnętrzne ja. Powoli udaje się rozpocząć rozmowę z własnym ja. Pojawiają się pytania. Jedno po drugim. Na początku bez odpowiedzi. Nie istotne to było. Rozpoczął się Monolog z Bogiem zakończony szczerą głęboką modlitwą.
Kolejne pytania. Zaczyna się dziwna dyskusja. Rozmawiają moje dwa własne ja. Na głos padają pytania i również na głos wypowiadane są odpowiedzi. Toczy się dyskusja. A wszystkiemu przysłuchuje się słońce, wiatr, trawy, drzewa, motyle, ptaki i ukryte sarny. Wiele razy słyszały pytanie „dlaczego?”. Słyszały odpowiedzi oraz pytania będące odpowiedziami. Bóg mi odpowiadały przez drzewa, strumyk, zwierzęta.
Pytania dotyczą wszystkiego co działo się od momentu gdy moje życie nabrało tak wielkiego tempa. Pytania dlaczego wszystko się zepsuło?? a co nie, to i tak się psuje. Dlaczego to wszystko jest tak trudne.
Podróż w głąb siebie połączyłem z marszem na inną łąkę. Marsz w trakcie którego przedzierałem się przez gęste krzewy i miejsca zarośnięte gęsto drzewami. Pasowało to do mojej podróży do głębi własnego ja. Dotarłem do małego bagna. Była to aluzja do mojego życia. Zszedłem do samego dna serca. I w końcu pojawiło się źródełko, z zimną i bardzo orzeźwiającą wodą głębinową zapewne. Przyroda nasuwała odpowiedzi na zadawane pytania. Bóg kierował moją dyskusją. Przestałem czuć się samotnie. Życie stawało się logiczne. Rodziłem się na nowo. Kolejna aluzja – kawałek lasu otoczony siatką. Zamknięty teren dla innych.
Zaczynałem czuć moc. W końcu jak się już przebiłem przez gąszcz znalazłem się na kolejnej łące. Przyszedł czas na pytania związane z końcem miłości jaki miał miejsce w maju. A ciągle serce krwawiło. Kolejna dyskusja rozpoczęła gojenie się rany. To była precyzyjna praca chirurga. Krew przestała uciekać. Otwór zniknął, po ranie została blizna (ale te nigdy nie znikają). Został kawałek serca który na zawsze pozostanie czyjś. Ale to będzie już tylko kawałek. Przestało mnie to boleć.
Czułem jak coraz większa radość napełnia moje serce. Do nadziei i wiary dołączyła pewność, że tak miało być i że będzie jeszcze dobrze. A wszystko co złe miało mnie wzmocnić. Stałem się teraz bardzo mocny. Zostały tylko do ustalenia plany na przyszłość i schemat działania. Teraz to wszystko wydawało się już naprawdę bardzo logiczne. Przestało mnie wszystko dziwić, zacząłem to rozumieć. Byłem teraz atrakcyjny dla świata a świat był dla mnie ponownie atrakcyjny. Już nie miałem wątpliwości jakie jest moje miejsce w życiu, jakie jest moje zadanie na ziemi. Mogłem wrócić na miejsce noclegu.
Na miejscu okazało się że moje samoleczenie trwało 8 godzin. Opowiedziałem o wrażeniach przyjacielowi który mnie wysłuchał z zainteresowaniem. Rozmawialiśmy o życiu i planach na życie. Kolejny dzień miał przynieś podróż kajakiem.
I przyniósł. Ależ to niesamowite wrażenia. Rwące miejsca, fale próbujące mnie wrzucić do wody i ta walka o utrzymanie się w kajaku (kanadyjka). A wszystko to wśród przyrody. Widziałem Boga wokół siebie. Co jakiś czas Flisacy prowadzili tratwy pełne turystów. Ludzie znowu zaczęli wygladać przyjaźniej. Byłem wyleczony. Mogłem wrócić do domu, do codzienności. Choć zostało jeszcze pragnienie by zostać na dłużej. Na szczęście wiedziałem że czekają mnie kolejne wyprawy. Ułatwiło to wieczorne rozstanie z GÓRAMI. To cudowne miejsce do którego będę wracał zawsze kiedy będę gubił sens życia i nie tylko.
To coś co napisałem po powrocie. Od tego czasu naprawde kocham życie :).

To piękne świadectwo napisał 29 letni człowiek po powrocie z wyprawy górskiej. Góry dały mu oddech, który zagubił w codzienności, za którą ciężko nadążyć i łatwo zapomnieć o Tym co najważniejsze – Bogu.
Niech ten Nowy Rok przyniesie nam wiele chwil, w których będziemy mogli czerpać Boże piękno z otaczającej nas przyrody Tatr, Beskidów, łąk i lasów. Życzę by rok 2009 nie był maratonem, lecz spokojną wędrówką, w której będziemy mieć czas dla Boga, a On zaprowadzi nas na szczyty aż do nieba.

Jedno jest pewne: góry – ta wspaniała Boża świątynia – głoszą potrzebę ofiary i wymagają ofiarności! Dlatego po stokach każdej góry wspina się Abraham z synem, by na szczycie złożyć go w ofierze. W ofierze serca. Ale nie tylko, bo nieraz trzeba to serce zostawić na zawsze w górach. Dlatego modlę się, bym zawsze chodził w góry z sercem czystym…

 

 Sylwia Rusin

«